Kraftowy biznes

Kraftowy biznes

To czym żyje dziś świat piwa kratowego, to już nie premiery, nowości, nowe jeszcze bardziej designerskie opakowania i etykiety, egzotyczne nawet czasami dziwne dodatki, drożdże izolowane z najprzeróżniejszych miejsc. To wszystko już nie wzbudza aż tak silnych emocji. Dziś rządzi SZTOS! . Aby dobrze to zrozumieć należy widzieć co oznacza słowo „sztos” w świecie piwa.

Powszechnie kojarzy się z grą w karty, zresztą taki tytuł miał film Olafa Lubaszenko nakręcony w 1997 roku ze świetną rolą Jana Nowickiego, któremu towarzyszył Cezary Pazura. Sztos to również w slangu coś fajnego, coś kozackiego a w mowie staropolskiej gwałtowne zetknięcie się, zderzenie, uderzenie, pchnięcie. W bilardzie uderzenie kijem kuli bilardowej a jako wulgaryzm ma znaczenie stosunku płciowego z prostytutką. Zatem przyglądając się zjawisku sztosów w piwach rzemieślniczych można powiedzieć że jest to coś fajnego i kozackiego jak i nagłe pojawienie się i zarazem zniknięcie. Są to piwa wyjątkowe, dostępne w małych ilościach, niepowtarzalne, „lepsze”. Zdarza się tak, że z półek sklepowych znikają jak w czasach słusznie minionych, pomarańcze czy banany. I podobnie jak wtedy bardzo często kupowane są przez spekulantów a u nich za butelkę takiego sztosu trzeba zapłacić nawet i kilkaset złotych. I tak jak wtedy sprzedawcy reglamentują sprzedaż i na jednego klienta przypada jedna butelka. Czyżby to tak silna i nieodparta chęć do posiadania limitowanych towarów czy może strategia KRAFTU?

Kiedy sztosy trafiają do multitapów, wypełnione są one niczym miejsca gdzie pojawiają się gwiazdy, celebryci czy wybitności naszego świata. Wnętrze staje się duszne, temperatura rośnie z minuty na minutę, nie tylko z powodu tłoku ale i z podniecenia. Często kolejka chętnych do spróbowania ciągnie się jeszcze daleko, daleko od wejścia do pubu. I znów skojarzenie z czasami minionymi. W powietrzu czuć napięcie, barmani za barem stoją w bezruchu, niczym czapla gotująca się do ataku. Klienci na razie niczego nie zamawiają tak jakby nie byli w pubie a raczej w kolejce, w sklepie czekając na dostawę. Podniecenie tłumu coraz większe, pojawiają się pojedyncze głosy zniecierpliwienia i niezadowolenia, robi się ogólna wrzawa i z sekundy na sekundę niepokój pomieszany z ekscytacją staje się nie do wytrzymania…………. Wreszcie dostawa! Beczka już jest! Rośnie wrzawa a podniecenie sięga zenitu. Już za chwilę poleje się SZTOS. Wszyscy wiedzą co to jest ale jeszcze nikt go nie próbował. Konsumenci posiadają tylko informacje umieszczane najczęściej na portalach społecznościowych na temat danego piwa i jego zapowiedź. Mimo tego są w stanie zapłacić wielokrotność ceny standardowego, rewolucyjnego piwa rzemieślniczego. Często beczka 30 litrowa sprzedaje się w 10 – 20 min. To zjawisko niespotykane w klasycznym handlu i wyszynku. Wielokrotnie puby podczas takich akcji sprzedają tylko małe objętości tak aby w miarę możliwości starczyło dla wszystkich klientów. „Bywa, ze niektórzy klienci się awanturują, bo chcą zamówić większą porcję” – skarżą się barmani. Przypomina się scena z filmu Stanisław Bareji „Co mi zrobisz jak mnie złapiesz” i takich nierozumiejących sytuacji i okoliczności klientów należałoby zawiesić na tablicy „Tych klientów nie obsługujemy”.

Podobna sytuacja powtarza się w sklepach specjalistycznych. Sztos dociera do sklepu, pojawia się informacja na portalach społecznościowych a do godziny później po butelkach nie ma śladu. Wielu chętnych zwabionych informacją zbiera się przed sklepem, bo wewnątrz brak miejsca. Czyżbyśmy obserwowali narodziny nowych zwyczajów zakupowych klientów zwariowanych na punkcie piwa? Czy to po prostu zwykłe szaleństwo?

Ten kto jeszcze nadal kojarzy piwo z nie aż tak drogim, gorzkim bardziej lub mniej, złocistym, bursztynowym czy czarnym jak kawa trunkiem, należy się małe wyjaśnienie. Sztosy to zupełnie inna liga. Są czymś na wskroś innym niż produkty oferowane przez najpopularniejsze marki i producentów. To piwa wyjątkowe, w stylach imperialnych takich jak stout, DIPA, porter bałtycki, strong belgian ale czy piwa wymrażane lub leżakowane w beczkach po whisky, bourbonie, calvadosie czy shery a nawet porto. Lilith Bourbon, Buba Extreme, Samiec Alfa, Kwas Epsilon. Imperium Prunum (porter bałtycki z dodatkiem suski sechlońskiej, czyli wędzonej bukiem śliwki z okolicy wsi Sechna), Black z duńskiego browaru Mikkeller – to tylko niektóre z marek będących w centrum zainteresowania pasjonatów piwa, które rzecz jasna ceną znacząco różnią się od dostępnych powszechnie piw dużych browarów czy średnich oraz regionalnych. Sztos to domena małych rzemieślniczych browarów.

Dlaczego tak się dzieje, że sztos kojarzy się z limitowaną ilością i całym tym „szaleństwem”? Sprawa jest bardziej złożona niż się na pozór wydaje. Tak naprawdę to nie zła wola producentów a również limitowany dostęp do beczek, trudna i droga technologia wymrażania a i też pewna strategia dotycząca towarów reglamentowanych – co świetnie znamy z przeszłości. Podaż nie nadąża za popytem. Takie też podejście gwarantuje całkowity sukces jak i całkowitą sprzedaż w dobrej cenie limitowanego produktu. Trochę to przypomina historię okrzykniętego najlepszym piwem, przez czasopismo Newsweek i portal ratebeer.com, belgijskiego piwa klasztornego Westvleteren XII, którego nie da się kupić inaczej niż bezpośrednio z browaru w Belgii i to w ilościach reglamentowanych. Zatem podobnie jak sztosy, Westvleteren XII jest legendą, mitycznym piwem, otoczoną kultem, czyżby trudno dostępnym – sztosem? Jest przez wielu traktowany niczym piwna relikwia. Zgadza się, że jest zacny, jednak jest wiele równie dobrych piw belgijskich ogólnodostępnych jednak żadne z nich nie dorównuje mu renomą. Skąd sukces i tak duży popyt na limitowany produkt? I tu wkracza marketing i dobrze zbudowane „story”. Spróbujmy spojrzeć od strony konsumenta na piwny rynek. Mamy na nim bardzo dobre piwo, z ciekawą innowacyjną etykietą, dostępne w większości sklepów ale bez „story” i przeciwstawmy mu historię piwa wytwarzanego ręcznie w zaciszu klasztoru przez ciężko pracujących mnichów, żyjących w zgodzie z naturą a ich aktywność łączy się z aktywnością słońca. Takiego piwa nie może otrzymać każdy klient i wszędzie – musi osobiście po nie wybrać się do klasztornego browaru i to jeszcze nie wszystko, nie kupi więcej niż jedno opakowanie zbiorcze. Czyż nie brzmi to niesamowicie, prawie bajkowo? Tak właśnie wygląda skutecznie budowany wizerunek mitycznego piwa. Kiedy zaś, przyjrzymy się opakowaniu, doświadczymy wrażenia ubóstwa, bo mamy do czynienia z samą butelką, na której widnieje tylko napis, butelka nie posiada etykiety. Całość tworzy wizerunek ascetycznego pustelnika. Właśnie taki wizerunek mówi „nie jestem zwykłym piwem – jestem ascetycznym wyrobem zakonnych rąk i nie każdy jest godzien mnie spożywa”. A więc tylko wybrani skosztują tego jakże dobrze pozycjonowanego produktu. O Westveleteren XII krąży nawet legenda, która głosi iż mnisi surowo zabraniają odsprzedaży wytworu ich rąk, czyż nie jest to najlepsza rekomendacja?

Ale powróćmy do rynku kraftowego. Pojawił się wtórny rynek na którym po uprzednim umówieniu się w mediach społecznościowych można dokonać transakcji kupna sprzedaży, lub dokonać wymiany barterowej. Niektóre ceny osiągają kosmiczny wymiar nawet jak za ziemskie wybitne piwo. Mimo tego chętnych do wymiany czy zakupu nie brakuje.

Czy warte są swojej ceny? No cóż rynkowa wartość produktu zależy przede wszystkim od tego ile klient chce zapłacić za dany produkt dokonując satysfakcjonującej transakcji. Co oznacza ni mniej ni więcej, że dokonując zakupu czuje się szczęśliwy i nie ma poczucia, że został naciągnięty. Zatem to sam rynek tak naprawdę kreuje cenę sztosów. Pamiętajmy, że handlowanie to gra i jeśli obie strony wychodzą usatysfakcjonowane z gry to nic lepszego nie może się wydarzyć w relacji producent/sprzedawca – konsument.

Autor: Marek Gogola

Start typing and press Enter to search

Shopping Cart

Brak produktów w koszyku.